Z MARYŚKĄ NA TENERYFIE

Z MARYŚKĄ NA TENERYFIE

Z MARYŚKĄ NA TENERYFIE,

czyli obalamy kilka mitów.

            Spotkałeś się z opinią, że trawa na Teneryfie jest legalna? Jeżeli odpowiedź jest pozytywna, to właśnie potknąłeś się o pierwszy z mitów. Nie – nie jest! Marihuana według hiszpańskiego prawa, a jemu mimo pewnej autonomii, podlegają wyspy Kanaryjskie, jest narkotykiem, a używanie narkotyków jest w Hiszpanii NIELEGALNE. Natomiast NIE JEST PRZESTĘPSTWEM i pewnie stąd biorą się niejasności.

            Używanie narkotyków w całej Hiszpanii nie jest ścigane prawem, co znaczy, że na Teneryfie nikt Cię nie będzie…  a no właśnie, że będzie, jeśli będziesz palił w miejscach publicznych, tak, tak – plaża też jest miejscem publicznym. Pewnie, że siedzieć za to nie pójdziesz, ale wyłożenie z kieszeni 300 euro za jointa? Ups, może zaboleć.

            Natomiast jeśli zapalisz u siebie w domu, nawet na balkonie czy tarasie, to masz do tego absolutne prawo. Możesz również zapalić na prywatnym przyjęciu, u znajomych, gdziekolwiek, byle ustronnie.

            Jasne, że raczej nikt tego nie respektuje tak naprawdę rygorystycznie i niejednokrotnie przechodząc ulicą czy deptakiem, poczujesz miło kręcący nozdrza, znajomy zapach, ale obcokrajowcy są łakomym kąskiem dla Guardia Civil i może się zdarzyć, że jeśli zapalisz, będzie to jeden z droższych lolków w Twoim życiu.

            OK, używanie nie jest przestępstwem, więc dlaczego nie mogę sam zapalić na plaży chociażby? Mógłby ktoś poniekąd logicznie zapytać. A otóż dlatego, drogi, niesforny palaczu, że wówczas popełniasz wykroczenie (przeciwko dobru innych (art 25. La Ley de Seguridad Ciudadana) podlegające karze administracyjnej. A za to już jest kara. Wspomniane wyżej 300 euro.

            O ile Kanaryjczyk pewnie wywinąłby się bez problemu z opresji, to z Tobą, tym „kąskiem” znaczy, najprawdopodobniej będzie trochę gorzej.

            Przestępstwem, i to już karanym surowo (no dobra, lżej niż w Polsce) – od roku do trzech lat odsiadki, jest zdecydowanie handel. O ile możesz w świetle prawa uprawiać coś dla siebie, to komuś sprzedać nie możesz. Bo co jeśli on Ciebie sprzeda?

            Co za tym idzie, nie możesz kupować legalnie, choć są miejsca, które prowadzą legalną sprzedaż, ale o tym za chwilę. Przyłapany na transakcji w którąkolwiek stronę, nie wywiniesz się mandatem. Sprawa trafi do sądu. Grzywna na pewno Cię nie minie. Do 3000 euro.

            A co z posiadaniem gandzi?

Ponieważ zakazane jest używanie w miejscach publicznych, zatem nie możesz również mieć przy sobie zioła. No bo co, jeśli użyjesz? To trochę jak w starym dowcipie o aparaturze do pędzenia bimbru. Bimbrownik – bo ma. Nie bądź więc bimbrownikiem i jak już masz, to chociaż nie pokazuj! Wiadomo, nikt Cię nie postawi przed sądem, jeśli będziesz miał jakiś napoczęty woreczek, ale może lepiej ten woreczek zostawić w domu/ hotelu / namiocie i zajrzeć do niego tak kameralnie bardziej?

            Ponieważ można używać – można więc hodować. Dla siebie! I tu ciekawostka – prawo hiszpańskie nie kwalifikuje marihuany na medyczną i relaksacyjną. Trawa to trawa. Twój wybór czy posadzisz sativę czy indicę. A ile możesz posadzić? To właśnie totalna zagadka. Teoretycznie, jeśli jesteś stonerem, możesz zapewnić sobie jednorazowo roczny zapas jarania. Tylko – jak to określić? Na Teneryfie przyjęło się, że jest to od jednego do trzech kilogramów. Jak to przeliczyć na krzaki w fazie floweringu? Raczej więc nikt się nie porywa na takie plantacje (pomijając takie właśnie, no – czasem większe, w lasach) na tarasie wynajętego, najczęściej, mieszkania. A do dwóch, trzech, ba, nawet czterech roślinek, nikt się nie przyczepi. No, może poza złośliwym sąsiadem – rzadko bo rzadko, ale trafiają się. Jeżeli będzie na Ciebie zgłoszenie, to nawet jeśli nie zostaniesz ukarany – a raczej nie zostaniesz, to roślinki i tak szlag Ci trafi. Zabrane w depozyt do wyjaśnienia, zostawione bez Twojej czułej opieki, bez Twojego bacznego odmierzania kropel odżywki, bez Twojego miłosnego spojrzenia, jak przeżyją? No właśnie – nie przeżyją.

            A co jeśli sprawa trafi do sądu, bo i tak się może zdarzyć?

Miałeś te swoje ukochane, najukochańsze, powiedzmy eufemistycznie, w nadmiarze. Jak tu teraz udowodnić, że miałeś je dla siebie? Jeśli cierpisz na jakąś przewlekłą dolegliwość, oczywiście medycznie udokumentowaną, to prawdopodobnie sąd weźmie to pod uwagę. Ale co jeśli żadna dolegliwość Ci nie doskwiera, a ziółeczko relaksacji służyć miało (tylko się rozrosło). No cóż – sąd, najprawdopodobniej najpierw pod lupę weźmie Twoje finanse i jeśli zauważy, że więcej wydajesz, niż zarabiasz, no to sorry Winetou, będziesz oskarżony o nielegalny handel.

            Na Teneryfie, o ile zadeklarujesz leczenie w celu uwolnienia od zgubnego nałogu, sądy najczęściej anulują kary pieniężne. Oskarżenie o handel to zupełnie inna kwalifikacja.

            Nawiązując do handlu. Trawę nielegalnie kupisz na Teneryfie w każdym kurorcie, a już szczególnie Playa Americas naszpikowane jest ulicznymi sprzedawcami, oferującymi obok zegarków, okularów przeciwsłonecznych inne turystyczne gadżety. Czasem nawet uda się trafić niezły stuff. Czasem nawet nie oszukają Cię na wadze. Uwaga – nie idzie to w parze. Jak lepsze zioło, to waga nie może się zgadzać. Przecież oni tam dla przyjemności nie stoją. Jakość do ceny ma się nijak. Zależy, jak trafisz. Ot, taka atrakcja wakacyjna.

            Ciekawe jest to, że często, kiedy sam zapytasz, odpowiedzą, że nie, absolutnie, i jakby słowo marihuana pierwszy raz na uszy słyszeli, oddalą się na z góry upatrzone pozycje. Najczęściej takie akcje mają miejsce w Los Cristianos, bo już sąsiednie (wspomniane) Las Americas nie przejawia takich zachowań. Ceny wyśrubowane, najczęściej za worek 2 gramowy wołają ok. 30 euro, zdarza się, że więcej. A na wadze, jak już wspomniałam, raczej cię rąbną.

            To teraz o tym legalnym kupnie.

Jedyne miejsce, gdzie można legalnie kupić, ale też i spożyć na miejscu – bo wynieść zgodnie z prawem – nie możesz, są kluby kanabisowe. Oficjalnie wiem o dwóch, niestety oba, chwilowo – zamknięte, W przypadku jednego z nich, to nawet długa chwila, bo około roku. Aby legalnie kupować trawę, należy zostać członkiem takiego klubu, uiszczając stosowne wpisowe i składkę członkowską. Ostatnie znane mi ceny to 40 euro rocznie (w przypadku tego zamkniętego wcześniej) i 50 w drugim. Pewnie dlatego, że dłużej był czynny. Ceny w takim klubie są zróżnicowane w niewielkim stopniu w zależności od rodzaju zioła. W klubach można również nabyć preparaty medyczne na bazie marihuany, akcesoria do palenia, inhalacji, vaporizery i całą resztę oprzyrządowania, najczęściej po atrakcyjnych cenach.

            Outdoor

            Ze względu na tutejszy klimat, temperatury od 20 do 30 stopni Celsjusza, sporą wilgotność i bliskość równika, a co za tym idzie rozsądny podział dnia i nocy (prawie na pół) mało kto uprawia marihuanę w warunkach domowych. W tych „okolicznościach przyrody” zdecydowana większość to outdoorsy, które w niewielkiej ilości rosną na wielu balkonach, tarasach czy przydomowych ogródkach. Muszą być osłonięte, tak aby nie naruszały tych różnych dóbr różnych osób, dobrze więc przesłonić zieloną siatką, podobną do tych, które używane są na plantacjach bananów. A nie, przepraszam, na plantacjach są, powiedzmy – białe. Twoja też niekoniecznie musi być zielona, ale czarna może Ci przegrzać rośliny. A biała? No co Ty? Banany hodujesz?

            Duże i zupełnie nielegalne plantacje znajdują się w trudno dostępnych lasach na północy Teneryfy. Niektóre gatunki tam dochodzą nawet do 2,5 metra wysokości. Oczywiście nikt Cię nie zaprowadzi do takich miejsc i raczej wątpliwe, żebyś sam tam trafił. Także oddal wizję zrywania dojrzałych topów z takich drzew. Miejsca te są naprawdę trudno dostępne, a dodatkowo może Cię odstraszyć dobiegający fetor padliny. Niewykluczone, że właśnie gdzieś w pobliżu kwitnie coś, co dobrze przytłumić obcym, wstrętnym dla człowieka odorem.

            Ale dzięki temu, na północy, przy dużym łucie szczęścia, może udać Ci się kupić trawę już po 2 euro za gram. Tyle że musiałbyś pewnie wtedy kupić potężny zapas, ale takie ceny wcale nie są wzięte z powietrza.

            A na koniec słowo o haszu. Sama haszu nie palę, więc oprę się o opinie innych. Polacy zachwycają się tutejszym haszem z Maroka. Kanaryjczycy twierdzą, że to najgorsze badziewie i nie używają. Ponoć hasz wykonany prawdziwą kanaryjską ręką nie ma sobie równych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.